teraz Milla da mu kosza, to zważywszy na skrajnie samotniczą naturę

spowodować nieszczęście. Poza tym przyrzekł przecież Becky, że nie zdradzi nikomu jej
Milczał, ale było mu przyjemnie, że to zrozumiała.
- W takim razie przekonaj mnie o tym. Kiedy chciał ją przyciągnąć ku sobie, Becky
Alec cieszy się ogromnie, lecz nie okazuje tego, jak przystało prawdziwemu graczowi.
Lizzie. On sam nie śmiałby jej tak kochać jak Devlin. Nie w smak mu była przegrana, w
dostał, co chciał. Wśród dobrego towarzystwa niektórzy ludzie zgorszyli się moim
Michaił nie mógł uwierzyć w to, co słyszał.
- Staram się, monsieur.
Kolana jej drżały, ale zapanowała nad nerwami. Krótko zdała mu relację z przebiegu zdarzeń.
- Nie bardzo widać, bo brudna - mruknął Alec.
Nie nalegał. Obiecał sobie, że da jej czas, by powoli oswajała się z jego bliskością. Od momentu gdy stojąc na wzgórzu pojął, co do niej czuje, był jeszcze bardziej zdeterminowany, by powoli zdobywać jej względy. Pochylił się i ucałował jej rękę.
w której ją zamknięto, znajduje się w tej samej okolicy, gdzie razem z Alekiem jeździli konno
- Wiesz, to bardzo dziwne, że każesz mi sobie wierzyć, podczas gdy, jak się zdaje, ty
dziecka i wołał nie odciągać uwagi brata od żony w tak krytycznej chwili.

an43

- Nie! - Szarpnęła się, ale chwycił ją jeszcze mocniej. - Nie szukałam twojego towarzystwa. Może to był błąd. Może gdybym się od razu z tobą przespała, dałbyś mi spokój. Atak, potraktowałeś mnie jak kolejne wyzwanie.
odbicie w lustrze:
Ta tura miała się rozegrać następnej nocy w Arundel Castle, zamku, należącym do

osobą, która znała miejsce pobytu Becky i mogła go do niej doprowadzić. Wystarczyło na nią

Z trudem przełknęła ślinę.
upierdliwy osobnik pojął, jak bardzo niemądrze jest zadzierać z senior
- Dalej! Szybko! - Willie miał oczy szeroko otwarte ze strachu. Był przerażony. Ciągnął za sobą Briga. Drzewa były coraz bliżej. Jakieś trzydzieści metrów. Może im się uda. Brig zebrał w sobie siły, żeby się ruszyć. Nocną ciszę rozdarł strzał. Willie upadł z jękiem. Uderzył głową o chodnik. - Nie! - krzyknął Brig. Powietrze świszczało w płucach Williego. - Nieeeeee! - Brig odwrócił się. Zobaczył Derricka na ganku. Cały dom stał w płomieniach. - Będzie dobrze - odezwał się do umierającego mężczyzny. - Tylko trzymaj się mnie. - Z ust i nosa Williego pociekła krew. Lała się też z rany w piersi. Brig chciał zatrzymać krwawienie, ale nie mógł. - Willie, trzymaj się! Willie miał szeroko otwarte oczy. Patrzył na Briga. - Brig... - wyszeptał. Z jego ust pociekła krew i ślina. - Nie mów... - Bracie. Dobrze. - Tak, Willie, dobrze. - Ona spaliła. Cassidy? O, nie, Boże, nie! - Willie... - Felicity. Spaliła Angie. Spaliła Chase’a. I ciebie.... - Nie, Willie, nie wiesz, co mówisz - wyszeptał Brig. - Nic nie mów, dobrze? Wytrzymaj. Zaraz tu będzie pomoc. O, cholera, nie! Z płuc Williego wydostał się przeraźliwy świst, a jego niebieskie oczy zaszły mgłą. - Nie! - Brig trzymał głowę przyrodniego brata, nie chcąc dopuścić do siebie oczywistej prawdy. - Nie! - Spojrzał w niebo, a potem na rozszalałe piekło, które pożerało ziemię jego brata, i zagotowało się w nim. Wściekłość wzbudziła w nim chęć zemsty. - Dorwę go - przysiągł. - Choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. Dorwę go, Willie, i dostanie za swoje... Brig zanosił się od kaszlu, z boku leciała mu krew. Z trudem, ale zdołał się podnieść. Derrick nie ruszył się z ganku. Nie zwracał uwagi na płomienie, sięgające dachu nad jego głową i na wstrętny kłębiący się dym. Nie przejmował się, że z okien wypadają szyby. Suche jak pieprz drewno szybko się zajmowało. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie, pożerając wszystko, co napotkał. Kierował się w stronę stajni i szop. W pobliżu słychać było wycie syren i głośny dźwięk klaksonów. Straż pożarna. Było za późno. O wiele za późno. Derrick, wiedząc, że ma niewiele czasu, zeskoczył z ganku i wycelował strzelbę prosto w pierś Briga. - Najwyższy czas, żebyś poszedł prosto do piekła, McKenzie - wrzasnął. Dusił się, ale rozpierała go beztroska, głupia pycha. - I chcę, żebyś wiedział, że jestem dumny z tego, że to ja cię tam poślę. - Ty morderco, zabiorę cię ze sobą! - ryknął Brig. Pobiegł przed siebie. Konie rżały przeraźliwie. Zapiszczały opony. Syreny przestały wyć i wszędzie zaczęli biegać ludzie. - Ej, ty! - Stój! - Co tu się dzieje, do diabła?! O, cholera, on ma broń! Derrick nacisnął spust. Brigowi zahuczało w uszach. Zrobił jeszcze krok, ale wybuch zwalił go z nóg. Płomienie wystrzeliły w niebo, a potem opadły kaskadą iskier. Dom rozleciał się. Pozostały po nim tylko szkło, kawałki metalu i drewna, betonowe płyty. Brig czuł, że umiera. Z boku leciała mu gorąca, lepka krew. Brakowało tchu. Do płuc dostawał mu się dym, który dosięgał księżyca. Brig miał wrażenie, że zaraz pochłonie go ciemność. Dotknął karku, szukając palcami łańcuszka z medalikiem, który nosił przez lata, ale nie znalazł go. - Cassidy - wyszeptał chrapliwie. - O Boże, Cassidy. Tak mi przykro. - Zamknął oczy i zobaczył jej piękną twarz. - Kocham cię. Zawsze cię kochałem... Cassidy zaparkowała jeepa przy ogromnym wozie strażackim. Nacisnęła hamulec i z przerażeniem zobaczyła pożar i Briga. I Derricka z bronią... O Boże. - Przestań! - krzyknęła. Otworzyła drzwi i żar uderzył ją w plecy. - Brig! Pobiegł pod pień starej jabłonki. Upadł bez sił na ziemię. - Nie! - krzyknęła. - Brig, nie! - Niech się pani odsunie! Nie zwróciła uwagi na strażaka i podbiegła do Briga. Usłyszała ostatnie słowa, które zdołał z siebie wykrztusić, głośniejsze niż wycie syren. - Brig! Brig! Kocham cię! - krzyknęła i opadła przy nim na kolana. Położyła jego głowę na swoich kolanach. Pocałowała go i poczuła pot i krew. Chciała tchnąć w niego życie. - Kocham cię. Zawsze cię kochałam. Nie możesz umrzeć, cholera, nie możesz!

- Wolę obserwować, niż być obserwowaną.

pozwalały jej leniwie rejestrować obecność Diaza w pobliżu, leniwie
Czuła nieustanny niepokój, podświadomie czekając na
Zanim Brian pociągnął za klamkę, Milla automatycznie wyciągnęła